„Taki mały dom? Takie duże okna? Będzie wam zimno”. Wcale się nie dziwię osobom, które pod naporem nieustających komentarzy rezygnują ze swoich pomysłów i wybierają tradycyjny dom z cegły z garażem i piwnicą.

Z architektami Maria Rauch i Tomaszem Żemojcinem rozmawia Aleksandra Więcka.

 

Zanim postawiliście własny dom z klocków mieszkaliście na Bielanach.

Do Warszawy przyjechaliśmy z Irlandii z planem, że zostaniemy rok, dwa, a zostaliśmy 7 lat , kupiliśmy mieszkanie na starych Bielanach w socrealistycznym budynku z lat 50., którym się zachwyciliśmy. Przeprowadziliśmy się w zimie, wszystko było zasypane śniegiem, urzekła nas ta przestrzeń między blokami. A kiedy śnieg stopniał, z trawy wyłoniły się kupy i cała ta blokowa rzeczywistość, która już nie była taka szlachetna i czysta.

Ale nie poddaliście się?

Nie. Próbowaliśmy coś aktywnie zmienić, chociaż trzeba przyznać, że wszystka zaczęło się nie od nas, ale od sąsiadki, która chciała za własne pieniądze posadzić drzewka. Ludzie ją zakrzyczeli, że to nie przetrwa ani dnia, że to głupi pomysł, ale my już wiedzieliśmy, że jest przynajmniej jedna osoba, która myśli tak jak my. Połączyliśmy siły. Okazało się, że jest nas więcej, na drzewka zrzucili się inni sąsiedzi, czasem dorzucali 10 zł odłożone z emerytury czy renty. Nawet burmistrz przychodził z całą rodziną je sadzić. Zorganizowaliśmy też akcję ”Kwiatek na kwietnik” , odbudowaliśmy fontannę z lat 70. Finalnie władze dzielnicy znalazły fundusze na plac rekreacji-dla dzieci i dla dorosłych. To było wzruszające.

Dlaczego wyjechaliście?

Postanowiliśmy przeprowadzić eksperyment i wybudować dom na wsi o dokładnie takiej samej powierzchni jak nasze mieszkanie w bloku-50m kw.

A dlaczego 50m kw. ? Przecież mogliście mieć o wiele więcej przestrzeni.

Wierzyliśmy, że metraż nie ma znaczenia. Ważniejsze wydawało nam się to, żeby dom od początku do końca był zaprojektowany przez nas, w odpowiedzi na nasze potrzeby, w otoczeniu, które nam odpowiada. Bo dom to nie są tylko te metry kwadratowe po których chodzisz, ale też widoki, na które patrzysz, otoczenie, sąsiedzi-cały kontekst. Projektowanie zaczęliśmy od dziur w ścianach, czyli tego co widać przez okna. Kluczowe były trzy rzeczy: koszty, czas i wyeliminowanie wszystkiego, co przeszkadzało nam w poprzednim mieszkaniu. W efekcie dom kosztował nas o połowę mniej niż mieszkanie, a jego budowa trwała zaledwie tydzień.

Co udało wam się zmieścić w waszym „domku z klocków”, jak go nazywacie.

Mamy 50 m kw. i dwa tarasy. Jeden ma 30 m kw. i jest miejscem, w którym możemy spędzać czas z gośćmi, a na drugi, mniejszy wychodzi się z sypialni. Tam nikt mnie nie widzi, mogę wypić kawę, zjeść śniadanie, czy wziąć ogrodowy prysznic. Mamy też taras na dachu to są wszystko dodatkowe pokoje pod chmurką.

Plus cała działka.

Mieliśmy potrzebę widoku. Dzięki temu, że jesteśmy na zboczu i nie odgradzamy się od sąsiadów, mamy nieograniczony widok. Widzę z jednej strony góry, a z drugiej-Kraków. to daje niesamowity oddech.

W środku też jest sporo nietypowych rozwiązań.

Moja mama, która jest architektką nie mogła zrozumieć po co nam podwójna umywalka w łazience, czy dodatkowa toaleta dla gości. Dla nas to było bardzo ważne, bo lubimy rano razem myc zęby.

Mamy też nietypowa przestrzeń, nazywamy ją wsuwą. Jest przeszklona wypełnia ją ogromne łóżko. Zamiast siedzieć przy stole, albo na kanapie można się tam walnąć z rodziną, kotem, znajomymi. To jest przestrzeń na wspólne wygłupianie się i bycie razem, czytanie, gapienie się przez okno. Wiele osób mogłoby uznać, że lepiej w tym miejscu wygospodarować jeszcze jeden pokój. A my wyodrębniliśmy tylko sypialnię, kuchnia jest otwarta. Postawiliśmy w niej wyspę, żeby gotując być frontem do salonu. Tak wygląda architektura w jaką ja wierzę, szyta na miarę. Projektujemy tak, aby dom służył nam, a nie my domowi.

Myśleliście o dziecku, kiedy projektowaliście ten dom dla pary, czy teraz-skoro zaraz się pojawi-trzeba będzie je po prostu jakoś upchnąć?

Mamy różne fajne patenty na „upychanie” dziecka! Łóżeczko chowa się w szafie, przewijak zakłada się na umywalkę, a nad naszym łóżkiem wisi hamak, żeby móc je kołysać nie wstając. Ale oczywiście zobaczymy jak to się sprawdzi w praniu.

Przyświeciło nam założenie, że nie budujemy na zapas. Jednak technologia, którą stosujemy sprawia, że bardzo łatwo będzie coś dobudować, albo odczepić jakiś moduł, kiedy rodzina się zmniejszy i np. przeznaczyć go na wynajem. Cykl życia jest taki, że rodzina się najpierw powiększa, a potem zmniejsza. Dom też taki może być. Tak samo przykro mi patrzeć na rodzinę, która nie ma wystarczająco przestrzeni do życia, jak na kogoś, kto mieszka samotnie w dużym, pustym domu. To tak, jakby na siłę wciskać się w za małe ciuchy, albo tonąć w za dużych.

Budowanie na miarę-to brzmi logicznie. Właściwie , czemu wszyscy tak nie mieszkamy?

Często budujemy na wyrost, bez zwracania uwagi na kontekst, charakter otoczenia. Jesteśmy przywiązani do budowania w technologii murowanej, bo wydaje się solidna. Tylko, że ma ona wiele wad. Wszyscy znamy ludzi, którzy o budowie domu ciągnącej się latami opowiadają, jak o drodze przez mękę.

Z drugiej strony boimy się budować z drewna. Wierzymy, że drewno jest łatwopalne, że zjedzą je korniki, coś się skrzywi, opadnie- bo materiał pracuje.

A to nieprawda ?

Klocki, z których my budujemy, to płyty z drewna normatyzowanego, sadzonego specjalnie do funkcji budowlanej, a nie przypadkowe drewno z lasu. Jest ono w specjalny sposób cięte, suszone i klejone by słoje układały się na przemian, co zwiększa ich trwałość. Kleje są ekologiczne, pozbawione szkodliwych substancji. Panele mają strukturę plastra miodu. Są tak mocne, że można na nich stawiać budynki nawet do dziewięciu pięter! Wszystkie elementy domu powstają w fabryce, przyjeżdżają na plac budowy gotowe do złożenia. Tu nie ma miejsca na błędy. do tego taka technologia jest szalenie elastyczna i funkcjonalna. Z resztek paneli wykonaliśmy większość mebli w naszym domu. A gdybym to okno, które mam przed sobą chciała zmniejszyć, to mogę to zrobić szybko, bez kucia ścian i zaczynania wielkiego remontu. Jak to się stało, że domek, który miał być dla was stał się gotowym projektem na sprzedaż.

Początkowo nie mieliśmy takiego w ogóle takiego pomysłu. Wierzę, że rolą architekta jest pomaganie ludziom odkrywania ich indywidualnych potrzeb poprze zadawanie właściwych pytań. To trudne, bo nikt nas, architektów tego nie uczy. Mnie samej dużo czasu zajęło dojście do etapu, w którym przestałam się złościć na klientów. Zrozumiałam, że ludzie chcą mieć dom z kolumnami i kręcone schody jak z „Dynastii”, bo nie zawsze potrafią wyrazić swoje pragnienia i podają gotowe rozwiązania, jakie znają. Moim zadaniem jako architekta jest dowiedzieć się, co stoi za tym pragnieniem. Może chodzi o to, żeby wejście było ważne, widoczne z daleka? A kiedy przyjdą goście to pani domu zejdzie do nich w pięknej sukience po tych schodach i oni wreszcie ją zauważą?

Kiedy lepiej wiem, jakie są potrzeby, mogę podsunąć alternatywne rozwiązania. Dwa lata temu przeprowadziłam badanie wśród klientów. Przeprowadziłam ponad to ponad sto wywiadów. Chciałam się dowiedzieć jakie są ich pragnienia i potrzeby, czego się boją w kontakcie z architektem.

I czego się boją ?

Tego, że architekt będzie im narzucał swoją wizję. Okazało się, że rzetelny projekt to jest tylko część pracy architekta. Ludzie przede wszystkim chcą, żeby ich wysłuchać. To jest potrzeba numer jeden. Jest taki argentyński architekt Rodolfo Livingston, którego bardzo cenię. Swoje biuro nazywa poradnią, żeby nie być kojarzonym ze stereotypowym architektem. Uważa on, że każdy klient przychodzi do architekta z własnym projektem. Ma swoją wizję domu. Jeśli się jej nie wysłucha , nie narysuje, wkładając w to swoje umiejętności i nie przeanalizuje wszystkich argumentów za takim rozwiązaniem i przeciw niemu , to klient nie będzie w stanie się otworzyć na wizję architekta.

Dodatkowo dzięki tej analizie można zobaczyć, na czym klientowi najbardziej zależy, i nie próbować tego torpedować. My też moglibyśmy być trudnym klientem dla innego architekta, upierając się przy naszej wsuwie i dwóch łazienkach. Le gdyby to był słuchający architekt, to uznałby, że jest to dla nas ważne, że nie ma potrzeby tego zmieniać.

Budując dom, przeszliście cały proces, który normalnie przechodzą wasi klienci. Te wszystkie przygody z ekipami budowlanymi, urzędami…

Największym odkryciem dla nas było to, że nawet przy tak krótkiej-tygodniowej- budowie bardzo łatwo jest się zagubić. Niby mieliśmy kotwicę w postaci projektu, wiedzieliśmy, czego chcemy, po co budujemy dom, a jednak takie drobiazgi jak to, że ekipa się spóźniła, coś kosztowało drożej niż miało kosztować, zmusiło nas do kompromisów. Też tego doświadczyliśmy. No i te wszystkie komentarze i dobre rady! „Taki mały dom? Takie duże okna? Będzie wam zimno!” Mamy duże okna od południa i prawdę mówiąc przez całą zimę słońce ogrzewało nam cały dom tak, że rozpalaliśmy kozę, głównie po to żeby wieczorami było miło. Ponieważ jesteśmy architektami łatwo było nam zbić te inne argumenty, ale sama ich częstotliwość była niezwykle męcząca. Wcale się nie dziwię osobom, które pod naporem tych nieustannych komentarzy i wątpliwości rezygnują ze swoich pomysłów i marzeń i wybierają tradycyjne dom z cegły z garażem i piwnicą.

A jednak kiedy opublikowałaś na blogu pierwszy wpis o domu dla niecierpliwych, od razu pojawiła się kolejka chętnych.

To prawda. Kiedy o naszym domu napisał jeden z portali skrzynka mailowa zaczęła pękać w szwach. Większość maili zaczynała się od pytania: za ile ten dom? Ludzie nie chcieli kupić projektu tylko gotowe miejsce do mieszkania. Zrozumieliśmy wtedy, że faktycznie dając jedynie projekt, zostawilibyśmy ludzi w najtrudniejszym momencie. Bo łatwo jest powiedzieć projekt jest super, teraz poszukajcie sobie wykonawcy, który go zrealizuje. Tyko, że nawet nam , architektom, nie było łatwo znaleźć takich osób do współpracy. Trochę ze względu na to, że ta technologia jest innowacyjna, a trochę dlatego, że po prostu znalezienie dobrych fachowców nie jest łatwe. Do tego wykonawca często krytykuje projekt, a architekt-wykonawcę, który go nie realizuje. Stroną która podejmuje decyzje i rozsądza spory, ma być klient, który często w takiej sytuacji jest bezradny. Chcieliśmy stworzyć bezpieczną usługę, która ludziom marzącym o własnym domu, ale obawiającym się, że budowa wykończy ich nerwowo i finansowo, pozwoli te marzenia zrealizować.

Na ile w takim razie można dom z klocków zrobić tak, jak lubisz, na miarę?

Z jednej strony jest to gotowy projekt- z drugiej punkt wyjścia do dyskusji. Pewne rzeczy są narzucone. Na przykład spójne dobrej jakości materiały. Nie wyobrażam sobie w takim domu plastikowych okien. W cenę projektu są wliczone aluminiowe z najbardziej subtelną stolarką, dębowe podłogi, czy zdrowa izolacja, która pozwala ścianom oddychać. Ale jeśli chodzi o zmianę funkcji i dopasowywanie domu do potrzeb klienta na to jesteśmy w jakichś rozsądnych granicach otwarci. Dom na razie dostępny jest w trzech – stosunkowo małych – rozmiarach 50, 75 i 100 m kw. O takie metraże pytali ludzie. Średnio metr kosztuje 4 tys. zł. Chcielibyśmy, żeby to był proces od projektu, czyli ‘’wyłuskiwania’’, o co chodzi klientowi, przez realizację i odbiór w dwóch opcjach- deweloperskiej i pod klucz. W zasadzie można by wyjechać na kilka dni i wrócić do już gotowego domu. Fajnie, co?

Artykuł został opublikowany w dodatku "Wysokie obcasy" nr 23, 11 czerwca 2016. 
Zobacz jak prezentował się w prasie i pobierz PDF.
Tekst: Aleksandra Więcka
Zdjęcia: Agnieszka Majewska 

 

Pin It on Pinterest

Share This