Buen Camino – have a wonderful journey :)


Wróciłam z podróży. Na przełomie września i października tego roku postanowiłam wyruszyć pieszo na Camino. Camino – znaczy droga. Buen Camino – pięknej drogi, tak pozdrawiają się pielgrzymi na Szlaku Jakubowym. Drogi ciągną się z całej europy i zagęszczają się w Hiszpanii, zmierzając do jednego celu – Santiago de Compostella. Ja postanowiłam przejść niewiele ponad 200 km startując z Ponferrady.  W ten sposób pokonałam ostatni odcinek całego Camino Frances, zaczynający się jeszcze po francuskiej stronie Pirenejów i liczącego łącznie ponad 700km. Dla mnie to był wyczyn. Bo, żaden ze mnie piechór. Ze sportów wolę lubię jogę niż trekking. choć lubię pojechać w góry, niepowiem. Najlepiej kolejką górską. :) Ale co tam. Witaj przygodo!

Robiłam odcinki średnio po 20 km dziennie, co dla mnie, bez żadnego wcześn iejszego przygotowania, było nielada wyczynem. Trzeciego dnia miałam takie pęcherze (bąble z wodą), że jak wieczorem zobaczyłam swoje stopy to się rozpłakałam. Czwartego dnia, zatrzymałem się po sporym podejściu w górę. Dysząc i sapiąc. Tam gdzie wszyscy dyszeli i sapali. Aż tu nagle idzie kobieta, która mówi, że ona nie będzie robiła przystanku, bo łatwiej jej iść, niż się zatrzymać. “O kurcze” – pomyślałam – “Ale babka ma kondycje, po takiej wyrypie (stromo, pod górę) się nie zatrzymuje? Zazdro. Chętnie zamieniłabym się z nią na jej super fit stopy.” – zamarzyłam i z żalem dodałam w myślach – “Ja to nigdy takich nie będę miała”.

Piątego dnia nastąpił przełom. Stare bąble zniknęły. Na ich miejsce pojawiły się nowe. Ale znacznie mniej. Dodatkowo okazało się, że przestały mnie aż tak uwierać. I, że przy odrobinie dobrej woli, dało się z nimi chodzić. Jednocześnie zauważyłam jak ważna jest codzienna rutyna i pielęgnacja. Rozchodzenie ich. Bycie w rytmie. Miałam wrażenie, że stopy (a dosłownie: ta woda w odciskach) dostosowują się do rytmu chodzenia.Od tego dnia szłam i coraz częściej mówiłam do siebie, że nie zatrzymuje się, bo łatwiej mi iść, niż się zatrzymać. Co było zgodne z prawdą, bo znacznie trudniej było mi ruszyć z rana i po krótkiej nawet przerwie. Czułam, że znowu trzeba było wszystko “rozchodzić”.  W krótce zaprzyjaźniłam się z moimi stopami i z dnia na dzień było lepiej.

Morał jest taki: Nie sądź kogoś po dziarskim chodzie. Nie zazdrość. Nie chciej być w czyiś butach, bo, nie wiesz co się w nich kryje. I nie sposób jest sądzić po kimś, że jak idzie i się nie zatrzymuje, to nic go nie uwiera. Może i ma swoje bąble i odciski, ale po prostu je rozchodził. I się z nimi zaprzyjaźnił.

Skoro już wiesz, że od tego co Cię uwiera nie umrzesz. I, wiesz, że to chwilowe niedogodności, które miną. Idź swoją drogą, nie zatrzymuj się bez powodu. 

Daria, biurko obok, czytając ten tekst, pyta: „Maria, może ty powinnaś założyć jakąś religię?” :) „Może – odpowiadam wybuchając śmiechem – W końcu jestem Matką Boską Hamakową. ;)”

A jeśli już o tym, to często spotykam się z opinią, że moja praca to zabawa. Bo ze zdjęć na instagram’ie wynika, że bujam często w hamaku i czasami coś tam projektuje. Na dodatek biuro nazywam Praco-Zabawce (piszę o tym tutaj). Więc wygląda to lajtowo. I całkiem jak ta dziarska Pani powyżej. Hmmm. Nie do końca tak jest. Fakt.  Lubię swoją pracę i nie zamieniłabym jej na nic innego. Nie znaczy to jednak, że nie mam swoich bolączek. Zmartwień. I problemów. Po prostu wiem, gdzie zmierzam. I idę. Nie zatrzymuję się niepotrzebnie. Staram się dbać o siebie i opatrywać drobne rany. Skupiam się na dobrych sytuacjach. Fajnych klientach. Udanych pomysłach. I tworzę swój własny rytm pracy, który mi służy.

Pin It on Pinterest

Share This